19 września 2017

#RyfkaCzyta: Życie zero waste

Dawno, dawno temu, w szafiarskim paleozoiku, czyli w zamierzchłym 2009 roku, zorganizowałyśmy na blogach oddolną akcję EKOtorba, w ramach której do zdjęć pozowałyśmy z ekologicznymi, materiałowymi torbami na zakupy (mój zestaw możecie zobaczyć tutaj). Cieszyłam się wtedy, że polskie sklepy zaczynają wycofywać foliówki albo każą sobie za nie płacić. Teraz mamy 2017 rok, ale sytuacja niestety nie wygląda jakoś dużo lepiej (o ile w ogóle). Przeciętny Polak nadal zużywa rocznie ok. 400 foliówek (dla porównania: przeciętny Duńczyk - tylko 4), produkuje 300-500 kg śmieci i wyrzuca 1/3 kupionego jedzenia. Czy ze śmieciami w ogóle da się skutecznie walczyć? Tak. Stosując zasadę zero waste.

Cóż to takiego? Dosłownie "zero śmieci" albo "zero marnotrawstwa". To styl życia zapoczątkowany przez Beę Johnson, autorkę bloga ZeroWasteHome.com, która w 2008 roku postanowiła ograniczyć ilość odpadów produkowanych przez jej rodzinę do zera. Dacie wiarę, że dzięki stosowaniu zasady 5R, czyli refuse, reduce, reuse, recycle, rot (odmawiaj, ograniczaj, użyj ponownie, przetwarzaj, kompostuj) jej 4-osobowa rodzina produkuje tylko słoik odpadów ROCZNIE?

W Polsce ruch zero waste też powoli zyskuje na popularności. W niektórych sklepach przy kasach leżą materiałowe „torby bumerangi” (można je wziąć, jeśli się potrzebuje, albo przynieść, jeśli ma się za dużo), w restauracjach coraz częściej można napić się kranówki (za darmo), niektóre kawiarnie dają rabat przy zakupie kawy do własnego kubka, zaczynają pojawiać się sklepy z produktami bez opakowań. A teraz, dzięki Kasi Wągrowskiej (autorce bloga OgraniczamSię.com) i jej książce pt. Życie zero waste bezśmeiciowy lajfstajl ma szansę trafić pod strzechy. 


ŻYCIE ZERO WASTE
Katarzyna Wągrowska
Wydawnictwo Znak Literanova

Życie Zero Waste by Katarzyna Wągrowska
Woreczki bawełniane z Naturofaktura plus mój siateczkowy - niby do prania bielizny, 
ale i tak go  nie używałam (zmiana przeznaczenia zgodnie z zasadą reuse! ;)


Dobra, na początek może rozprawmy się z nazwą, bo wiele osób się jej czepia. Że to przesada, bo przecież nigdy nikomu nie uda się zejść do zera. Przyznam, że początkowo określenie zero waste też wydawało mi się nie do końca trafione. Ale Kasia w swojej książce tłumaczy, że zero należy traktować jako ambitny cel, który ma nas motywować do pracy i zapobiegać osiadaniu na laurach, niczym targety w korpo (które przecież nie zawsze udaje się wyrobić, ale bez nich pracownicy przez 8 godzin oglądaliby śmieszne koty na YouTube). Mnie to przekonuje. No i sami przyznacie, że Less Waste, Minimum Waste czy As Little Waste As Reasonably Possible są jednak zdecydowanie mniej nośne i seksi.

Kasia pisze o korzyściach, jakie daje wdrożenie zasady zero waste w domu (od rzadszego wyrzucania śmieci przez życie w czystszym środowisku po oszczędności finansowe), szczerze opowiada o sukcesach i porażkach z życia polskiej zerowasterki (wygranych i przegranych bitwach sklepowych czy eksperymentach z domową produkcją pasty do zębów) oraz podsuwa mnóstwo ciekawych rozwiązań (w tym gotowych przepisów na domowe kosmetyki czy środki czystości) i informacji ułatwiających wprowadzenie zero waste u siebie (wiedzieliście na przykład, że w Polsce funkcjonują kooperatywy spożywcze, że można mieć w domu nieśmierdzący kompostownik albo że na Fejsie prężnie działa grupa Zero Waste Polska?).

Mnie daleko eko-freaka, ale staram się nie być totalnie bezrefleksyjną śmieciarą. Od co najmniej 10 lat chodzę z materiałową torbą na zakupy; od 6 nie kupuję butelkowanej wody (piję z kranu albo używam dzbanka i butelek filtrujących); zawsze robię listę sprawunków, żeby nie kupować zbędnego jedzenia, które potem trzeba wyrzucić (o rozsądnych zakupach pisałam tutaj); nie mam samochodu (jeżdżę rowerem lub komunikacją miejską); sporo rzeczy w domu mam z drugiej ręki; śmieci segregowałam jeszcze zanim to było powszechne (w naszej kamienicy nie było wtedy odpowiednich pojemników, więc taszczyliśmy je z Dzióbkiem do ogólnodostępnych dzwonów); nie kupuję papierowych magazynów; zamiast wyrzucać niepotrzebne przedmioty na śmietnik, staram się dać im drugie życie (pisałam o tym tutaj); a wśród moich noworocznych postanowień znalazły się m.in.: "Mniej kupować" i "Nie marnować jedzenia". Nie jest najgorzej, jednak ta książka otworzyła mi oczy na wiele nowych spraw i dała kopa do wprowadzenia kolejnych zmian.

Jeśli nie przynosisz do domu śmieci, również ich nie wyrzucasz. A gleba, powietrze i woda na tym nie tracą.

No właśnie. W Polsce edukacja ekologiczna ogranicza się zwykle do recyklingu, a on wcale nie załatwia sprawy. To, co robimy z już wytworzonymi śmieciami, jest oczywiście ważne, ale powinniśmy się starać, żeby te śmieci w ogóle nie powstawały.

Mimo że pewnie zużywam mniej foliówek niż statystyczny Polak, bo podczas zakupów zawsze mam ze sobą materiałową torbę, a większość warzyw i owoców w supermarkecie ważę luzem, to i tak trochę ich do domu przynoszę: po pieczywie, brudnych ziemniakach czy drobnych owocach. Nie mówiąc o innych plastikowych opakowaniach, w których sprzedawane są makarony, kasza czy herbata (moja ulubiona jest pakowana w srebrną foliową torebkę, która jest włożona do papierowego kartonika, który dla pewności jest jeszcze owinięty przezroczysta folią!!!). 

Dzięki książce oraz Instagramowi Kasi (polecam zwłaszcza Stories) powoli wkręcam się w bezśmieciowe zakupy (czyli zakupy do własnych opakowań i woreczków). Razem z książką dostałam od Wydawnictwa Znak komplet bawełnianych woreczków, które są idealne na warzywa, owoce, pieczywo oraz inne produkty sprzedawane na wagę. Niestety, słyszałam, że w niektórych sklepach nie chcą nakładać jedzenia (np. wędlin i serów) do pojemników klientów. Jako typowy introwertyk najbardziej na świecie nie lubię robić innym kłopotu, więc na samą myśl o wykłócaniu się z ekspedientką o sposób pakowania cierpnie mi skóra. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Zaczęłam od zabrania moich woreczków na dział warzyw i owoców. Tam człowiek sam wszystko pakuje i waży, plus ja zawsze korzystam z kas samoobsługowych, więc poszło bezproblemowo. Kolejnego dnia w piekarni nieśmiało poprosiłam o zapakowanie chleba do mojego woreczka. Pani chyba lekko się zdziwiła, ale nie dość, że chleb zapakowała, to jeszcze na do widzenia powiedziała, że bardzo jej się ten mój woreczek podoba (ha!). Uskrzydlona tym sukcesem wybrałam się z własnym pojemnikiem na stoisko z "chłopskim jadłem" po kiszoną kapustę. Zero problemu. A dzisiaj w Lidlu furę bułek i drożdżówek zapakowałam od razu do materiałowej torby (którą wcześniej wyprałam i zamierzam jej używać tylko na pieczywo). Kasjer nawet nie mrugnął. W ciągu zaledwie kilku dni zaoszczędziłam kilkanaście jednorazówek! Brawo ja.

Żeby nie było wątpliwości: nie mam ambicji, żeby zostać królową zero waste. Pewnie nigdy nie osiągnę tego poziomu co Bea Johnson, która odmawia poczęstunku w samolocie nawet podczas bardzo długich lotów, zamiast tego przed wylotem je obfity obiad, pakuje kanapki i owoce na drogę (oczywiście do bawełnianego woreczka), a skórkę od banana zakopuje później w doniczce na lotnisku (widziałam na jej Instagram Stories). Raczej nie będę wytapiać własnego mydła, kręcić kremów, nie zrezygnuję całkiem z niektórych produktów w plastikowych opakowaniach i nie skuszę się na wielorazowe podpaski czy kubeczek menstruacyjny (sorry, Planeto, ale tutaj muszę Ci powiedzieć jak Samantha Smithowi: "I love you, but I love me more"). Ale kilka rzeczy (oprócz zabierania na zakupy własnych woreczków i opakowań) mogę zrobić: na przykład zrezygnować z jednorazowych słomek do napojów, zmieszać własny płyn do mycia szyb (przepis w książce wydaje się banalnie prosty), kupować makarony, kasze, płatki czy bakalie na wagę (spory wybór jest w Auchan), a jeśli już muszę kupić coś pakowanego, to zamiast plastikowych opakowań starać się wybierać szklane albo papierowe. Obiema rękami podpisuję się pod tym, co w rozmowie z Kasią powiedziała Agnieszka Sadowska-Konczal (autorka bloga EkoLogika.edu.pl):

Żeby wyjść ze strefy komfortu, trzeba trochę wysiłku, ale nie ma co robić z życia niekończącej się pokuty.

Zero waste, jak każdą filozofię, łatwo doprowadzić do ekstremum. Internet ma to do siebie, że jeśli człowiek publicznie oznajmi, że stara się robić coś pożytecznego, to można być pewnym, że zaraz ktoś mu napisze, że robi to źle. Albo, że OK, może i robi dobrze, ale za to nie robi czegoś innego, więc w  sumie się nie liczy (tutaj świetny filmik na ten temat). W grupie Zero Waste Polska regularnie pojawiają się głosy, że nie można żyć w duchu zero waste, nie będąc weganinem, bo hodowla zwierząt mocno zanieczyszcza środowisko. Z kolei na Instagramie ktoś stwierdził, że hipokryzją jest wydawanie papierowej książki o ograniczaniu śmieci, zwłaszcza że pewnie niektóre księgarnie będą ją wysyłać w kopertach bąbelkowych. Moim zdaniem dla własnego zdrowia psychicznego lepiej pogodzić się z tym, że zero waste to ciągłe kompromisy (związane z dostępem do bezśmieciowych produktów, własną wygodą, zdrowiem czy podejściem innych domowników, którzy przecież nie muszą naszej filozofii podzielać), ustalanie, co w danej sytuacji jest dla nas priorytetem, a często po prostu wybieranie mniejszego zła. Ale chyba wszyscy się zgodzimy, że lepiej robić choćby trochę niż nie robić nic? Trochę może z czasem przerodzić się w więcej (widzę po sobie), a wtedy jako ludzkość będziemy mieć trochę mniej przerąbane.

Jeśli temat Was zainteresował, to książkę Życie zero waste możecie teraz kupić na stronie Znaku z rabatem 30% oraz darmową dostawą do kiosków Ruchu. E-book też jest, teraz na Woblinku o 40% tańszy (możecie tam również zajrzeć do środka książki).

12 września 2017

Malowana lala, czyli mój makijaż

Bawiłyście się w dzieciństwie kosmetykami Mamy? Mnie się to zdarzyło chyba tylko dwa razy. Raz, mając z 6 lat, dobrałam się wraz z koleżanką do Maminych szminek, ale zamiast pomalować usta, namalowałam sobie dwa wielkie czerwone kółka na policzkach, tworząc mejkap idealny na występy w cyrku. Potem, już jako nastolatka, żeby nastraszyć moją młodszą siostrę, namalowałam sobie szminką krew wyciekającą z ust i położyłam się na podłodze łazienki, udając trupa. Jak widać, od początku było jasne, że make-up guru raczej ze mnie nie wyrośnie.

Pierwszy raz w życiu "na poważnie" pomalowałam się, idąc na studniówkę. Mój wypasiony, studniówkowy makijaż składał się z pudru i... bezbarwnego tuszu do rzęs. Nie mogłam się nadziwić, jak inaczej wyglądam! Wcześniej zdarzyło mi się używać punktowo korektora w sztyfcie na pryszcze, ale puder to był dla mnie zupełnie nowy poziom wypindrzenia.

Od mojej studniówki minęło prawie 20 lat, ale mój makijaż od tamtego czasu jakoś specjalnie się nie rozwinął. Maluję się tak, że czasem znajome (albo Mama!) pytają mnie, czy w ogóle jestem pomalowana. W komentarzach na blogu też od czasu do czasu pojawiają się sugestie, że powinnam się pomalować, albo pytania, dlaczego nawet idąc na wesele, nie zrobiłam makijażu. A ja zawsze jestem pomalowana! Może na zdjęciach tego nie widać i może powinnam specjalnie malować się mocniej do naszych "sesji", ale po prostu tego nie lubię. Kilka razy przy okazji różnych okołoblogowych akcji miałam zrobiony profesjonalny, wyrazisty makijaż i w takiej wersji NIGDY się sobie nie podobałam. To znaczy owszem, na zdjęciach wyglądało to spoko, sypały się komplementy, ale bardzo nie podobało mi się to, co widziałam w lustrze. Wyglądałam jakoś poważnie, nienaturalnie, smutno i staro (czy raczej: starzej). Jak nie ja.

No dobra, ale może bym tak przeszła do rzeczy. Jak się maluję na co dzień? Tak samo jak od święta. Mój makijaż jest zawsze taki sam: dość minimalistyczny i ma funkcję bardziej tuszująco-porządkującą niż odmieniającą oblicze. Zależy mi na tym, żeby dało się go szybko zrobić (mierzyłam czas, w wersji full wypas zajmuje mi to 4 minuty i 31 sekund), szybko zmyć i żeby różnica przed i po nie przyprawiała mnie ani osób, które widują mnie w obu wersjach (czyli głównie Dzióbka i kuriera Dariusza), o szok.

Na zdjęciu widzicie WSZYSTKIE moje kosmetyki do makijażu. Nie wszystkich używam zawsze - im większy numer, tym mniejsza częstotliwość. Ciągle liczę na to, że moja  skóra w końcu się uspokoi (pisałam o tym w poście o pielęgnacji) i będę mogła całkiem zrezygnować z maskowania twarzy. Niestety, kiedy już jest prawie dobrze (niedawno było tak dobrze, że pierwszy raz w życiu pokazałam się internetowi w wersji #nomakeup!), następuje gwałtowny zwrot akcji i znowu wyglądam jak pryszczata smarkula (taka, której zaczynają się już robić zmarszczki). No ale nie tracę nadziei. Oto, czego używam, żeby zrobić się na... może nie bóstwo, ale na w miarę okejowo wyglądającego człowieka.

My make-up routine


1. KREM KOLORYZUJĄCY ORIGINS GINZING SPF40

Przez wiele lat używałam pokładu w płynie, ale 2 miesiące temu dostałam przesyłkę PR-ową od Origins, a w niej wynalazek, który odmienił moje życie. A przynajmniej makijaż. Ginzing SPF 40 to mazidło 3 w 1: krem koloryzujący, krem nawilżający i filtr przeciwsłoneczny. Czaicie to? Zamiast 3 warstw teraz wystarczy mi tylko jedna! No OK, filtra i tak zwykle nie używałam (właśnie dlatego, że nie lubię / nie che mi się nakładać tylu warstw na twarz), ale wiem, że powinnam. Krem dobrze się rozprowadza, delikatnie wyrównuje koloryt (nie jest to mocne krycie, ale i tak zawsze używałam tylko kilku kropel podkładu, więc mnie to wystarcza) i szybko się wchłania. Idealna opcja dla makijażowego lenia - minimalisty.


2. KOREKTOR ARTDECO LONG-WEAR CONCEALER (14 SOFT IVORY)

Bez korektora, podobnie jak bez podkładu / kremu koloryzującego, w zasadzie nie wychodzę z domu. Najbardziej lubię takie w pędzelku albo z aplikatorem zakończonym gąbeczką. Ten z Artdeco z serii Minimal Make-up najlepiej mi odpowiada, jeśli chodzi o krycie i odcień. Stosuję go pod oczy i punktowo na wszelkie niedoskonałości. Pod oczami od razu delikatnie go wklepuję, a resztę korektorowych punkcików zostawiam na chwilę, żeby trochę zastygły, bo próbując je od razu rozetrzeć, wszystko zmazuję. W tym czasie robię brwi i oczy.


3. CIEŃ DO POWIEK SENSIQUE (209 DARK CHOCOLATE)

Przyznaję, ja też się ślinię na widok pięknych naturalnych paletek cieni z Instagrama (może dlatego, że wyglądają trochę jak czekoladki?), ale miałam kiedyś minipaletkę złożoną z 3 cieni, a i tak używałam tylko jednego, więc w moim przypadku większa liczba zupełnie nie ma sensu. Mam jeden jedyny brązowy cień Sensique, kupiony za kilka złotych w Naturze i on mi w zupełności wystarcza. Używam go i do powiek, i do brwi. Parę lat temu marzyłam o eyelinerowych kreskach na powiekach, ale po kilku nieudanych próbach musiałam przyjąć do wiadomości, że to nie dla mnie. Albo moje powieki są jakieś nierówne, albo moje umiejętności tak słabe (najprawdopodobniej jedno i drugie), w każdym razie, efekty były opłakane (i jak to ciężko zmyć!). Dużo lepiej sprawdza się u mnie (i przy okazji bardziej naturalnie wygląda) odrobina brązowego cienia nałożona przy linii rzęs w pobliżu zewnętrznych kącików oka i roztarta pędzelkiem. Reszty powiek nie maluję.


4. ŻEL DO BRWI MAYBELLINE BROWDRAMA (BEZBARWNY)

Moje brwi lubią żyć własnym życiem, dlatego do ich poskromienia przydaje mi się żel modelujący. Mogę nie pomalować oczu i brwi, ale żel zawsze idzie w ruch. To czarny (choć bezbarwny) koń mojej kosmetyczki.


5. TUSZ DO RZĘS MAYBELLINE SENSATIONAL (CZARNY)

Jeśli mam pomalowane rzęsy, to wiedz, że coś się dzieje. Robię to tylko na większe / ważniejsze wyjścia, bo... potem jest za dużo roboty ze zmywaniem. I zawsze maluję tylko górne rzęsy (dolne to by już była dla mnie przesada - nie idę przecież na bal przebierańców! ;) Nie jestem przywiązana do konkretnej marki. Teraz używam tuszu Sensational z Maybelline, ale wkurza mnie ta wygięta szczoteczka. W niczym mi to nie pomaga, a wręcz przeszkadza, bo trzeba ją ustawiać pod odpowiednim kątem. Zdecydowanie wolę te klasyczne, proste.


6. RÓŻ MAC (FLEUR POWER)

Niektórzy dzielą kobiece typy urody na Wiosnę, Lato, Jesień i Zimę. Ja bym dodała do tego zestawu jeszcze jeden typ: Ziemniak, bo on chyba najlepiej oddaje moją karnację. Na szczęście róż z MAC-a potrafi dodać trochę życia mojej kartoflanej cerze. Dostałam go kilka lat temu od Siostry i podejrzewam, że (przy moim stosowaniu tylko na wyjścia) prędzej umrę, niż mi się skończy.


7. PĘDZLE

Jestem wielką fanką pędzli, bo nie lubię dotykać twarzy dłońmi podczas robienia makijażu (to jest jedyna wada mojego kremu koloryzującego - że muszę go nakładać palcami, a nie, jak podkład, moim ukochanym pędzlem Hakuro H51). Do brwi i linii rzęs używam cieniutkiego Hakuro H85, do rozcierania cienia - puchatego pędzelka z Essence, a do różu - Hakuro H24 (kupuję je na Allegro). Uwielbiam to delikatne mizianie :)


***

That's all, folks! Jak zawsze ciekawa jestem Waszych ulubionych kosmetyków. Do większości moich farbek nie jestem jakoś szczególnie przywiązana, więc chętnie poczytam o Waszych sprawdzonych mazidłach i wypróbuję następnym razem coś nowego :)